Śmierć ········


Jeśli nie jesteśmy ze śmiercią pogodzeni, to najczęściej nie chcemy jej oglądać (a w każdym razie wywołuje w nas emocjonalny zamęt), nie poruszamy tego tematu w towarzystwie, nie chcemy oglądać chorób, kalectwa – przypisujemy ludziom chorym czy pokrzywdzonym odpowiedzialność za ich krzywdy, wierzymy w sprawiedliwość świata – nie lubimy także wchodzić w kontakt z rozkładającymi się substancjami, wydzielinami, odchodami, drażni nas ich wygląd i zapach – boimy się duchów, wpadamy na starość w dewocję, szukamy w życiu wyłącznie rzeczy trwałych i materialnych, staramy się za wszelka cenę wyglądać młodo...

Myślę o pogodzeniu się ze śmiercią jako o skutku przejścia pewnej drogi, poszukiwania wartości, a potem weryfikowania tych wartości. Zanegowanie bezwzględnej wartości życia jest, jak sądzę, etapem na tej drodze. Moje życie wcale nie jest takie wartościowe, jak mi się przedtem wydawało. Rozumienie świata wiąże się z jego akceptacją a więc także z akceptacją śmierci. W miarę łatwo jest zaakceptować sprzeczności, jeśli nas osobiście nie dotyczą. W miarę nabywania doświadczenia zaczynamy godzić się z istniejącymi w świecie sprzecznościami. Rozumiemy, że moneta musi posiadać i orła, i reszkę. Dziecko tego nie rozumie – jeśli pokazać dziecku monetę w ten sposób, ze ono widzi orła, a my reszkę, to spytane, co my widzimy, odpowie, że orła. Pogodzenie się z takimi sprzecznościami przychodzi nam, dorosłym, bez trudu. Problem zaczyna się wtedy, gdy w obręb sprzeczności dostajemy się my sami lub coś, co stanowi dla nas wielką wartość. Wtedy rozsądek nas opuszcza – jesteśmy skłonni uznać, że moneta posiada tylko orła, tzn. ze fakt naszego istnienia polega tylko na życiu. Akceptacja śmierci wymaga więc porzucenia egoistycznego kontekstu – wymaga umiejętności spojrzenia na siebie jak na monetę (bez rezygnowania z bycia monetą). Wtedy wyraźnie widać, że ma ona dwie strony, że życie jest jednocześnie umieraniem, że wszystko, co powstaje, przeznaczone jest do rozpadu. To może pesymistycznie brzmi i stwarza poczucie, że niczego nie warto robić, ale paradoksalnie ta świadomość jest źródłem ogromnej siły. Siła ta bierze się stąd, że przestaliśmy marnować energię na zaprzeczanie śmierci. Wtedy w zasadzie każde działanie jest jakby ponownym, bezosobowym aktem stworzenia, a my możemy się temu tylko przyglądać i kontemplować w podziwie.

Dopisane 10 lat później: Upraszczając sprawę, można powiedzieć, że dopóki koncentrujemy się na liczeniu, ile lat już przeżyliśmy, zaczyna nas to przerażać i wtedy mamy tendencję do odejmowania sobie ich na różne sposoby, nierzadko na bakier z rzeczywistością. Gdy osiągamy punkt, gdzie zaczynamy liczyć, ile nam jeszcze lat zostało, pojawia się szansa, że życie zaczniemy traktować jak najcenniejszy dar i wykorzystać ten czas jak najlepiej. W ten sposób świadomość śmierci wyzwala cudowny smak życia.