Tatry ········


Są tam poranki w ciepłych skałach,
mycie w wodzie, od której cierpną zęby i śniadania przy wschodzie słońca,
który można obserwować tyle razy, ile się chce – wystarczy się trochę przesunąć.

Są długie i parne doliny, pełne kwiatów,
sprawiających wrażenie, jakby istniały tylko po to, by się podobać –
jakby ich ewolucja już się zakończyła w punkcie doskonałym.

Taką doliną idzie się tak długo, że nie ma już o czym myśleć,
że pozostaje tylko przyroda, która rośnie w oczach –
nie Ty idziesz, tylko właśnie las rośnie.
Lub maleje, jeśli w idziesz w górę.

Są też wieczory, podczas których słońce wespół z chmurami
dokonuje z górami takich rzeczy, ze percepcja ludzka
poddaje się – nigdy nie była świadkiem takich rzeczy.
Przestajesz kojarzyć, porównywać – nie masz z czym.

Piękno wsącza Ci się oczami i uszami w takim natężeniu,
że po kilku dniach jesteś nim wypełniony –
pragniesz tylko jednej rzeczy – żeby nic nie zmieniać.

Ale wciąż idziesz...
I masz nieskromną nadzieję, że jeśli jesteś w stanie
jakoś w ogóle zareagować na tę doskonałość,
to dlatego, że gdzieś głęboko masz coś z nią wspólnego.